DROGA KRZYŻOWA

teksty rozważań z piątku, 27 marca 2020 roku, o godz. 17.00
w Parafii pw. św. Wojciecha biskupa i męczennika w Makowie

WSTĘP. 

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej. W dzieciństwie było to pójście na nabożeństwo z chęci zaspokojenia dziecięcego pragnienia, aby przyjrzeć się z bliska Jezusowi przybitemu do krzyża o wiele większego niż wzrost małego chłopca. W młodości bywałem na Drodze Krzyżowej z ministranckiej gorliwości, a czasem może dla uzyskania podpisu w indeksie do bierzmowania. W seminarium Droga Krzyżowa weszła na stałe w tygodniowy porządek kleryckiego życia. W każdy piątek wchodziłem na Drogę Krzyżową, by jej poszczególne stacje – we właściwej im kolejności – poznawać niemal na pamięć. A potem tych Dróg Krzyżowych było jeszcze wiele. Aż po tegoroczny Wielki Post, w którym – z racji panującej pandemii koronawirusa – Droga Krzyżowa stała się nie tylko dla mnie, ale dla wielu, a być może dla każdego człowieka, po prostu codziennością. Choć szliśmy za Jezusem Jego krzyżową drogą już tyle razy, to jednak przejdźmy nią dzisiaj – w czasie koronawirusowej pandemii – tak, jakbyśmy wchodzili na nią po raz pierwszy.

STACJA I – Pan Jezus na śmierć skazany 

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… chyba dopiero całkiem niedawno odkryłem, co tak naprawdę znaczy niepewność w oczekiwaniu. Znam szkołę z autopsji i rozumiem uczniów, którzy przeżywają kartkówki, klasówki, egzaminy i na swój sposób męczą się, czekając z niepewnością na ocenę. Obserwowałem kiedyś na żywo kibiców znanego klubu piłkarskiego, którzy obgryzając z emocji paznokcie, zerkali co rusz na duży stadionowy zegar z upływającym niemiłosiernie szybko czasem, czekając ze zniecierpliwieniem na strzelenie przez ich drużynę decydującego gola – gola na wagę awansu do następnej rundy Ligi Mistrzów. Widziałem też przerażenie i lęk w oczach osób oczekujących na wyniki specjalistycznych laboratoryjnych badań. Takie czekanie nie jest łatwe. Takie czekanie jest trudne, a niepewność jest dobijająca. W tej stacji nie chodzi ani o ocenę na świadectwie szkolnym czy nawet maturalnym, ani o zwycięstwo w meczu, ani o diagnozę zdrowotno-chorobową. W tej stacji chodzi o życie i o śmierć. Niewykluczone, że Jezus także czekał w napięciu na to, co ostatecznie powie Piłat. Przecież to było pełne dramaturgii oczekiwanie ostatniej szansy. Przecież teoretycznie – a nawet praktycznie – możliwe było uwolnienie Jezusa zamiast Barabasza (por. J 18,39-40). Ale oczekiwanie się skończyło, a cała nadzieja pokładana w ludzkim wymiarze (nie)sprawiedliwości spełzła na niczym. Piłat sprytnie, dyplomatycznie i poprawnie politycznie wziął wodę i umył ręce wobec tłumu (Mt 27,24), a potem kazał Jezusa ubiczować i wydał Go na ukrzyżowanie (Mt 27,26).

STACJA II – Pan Jezus bierze krzyż na swe ramiona 

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, a… jednak muszę przyznać, że za każdym razem stając przy tej stacji podziwiam Jezusa i nadziwić się nie mogę, jak można z takim spokojem przyjąć na siebie niesprawiedliwy wyrok. Dręczono Go (…), a On nawet nie otworzył ust swoich. Jak baranek na rzeź prowadzony; jak owca niema wobec strzygących ją, tak On nie otworzył ust swoich (Iz 53,7). Jezus w milczeniu przyjmuje na siebie niesprawiedliwy wyrok, a potem bierze na własne barki związane z tym wyrokiem ciężkie jak krzyż konsekwencje. Mówi się potocznie, że „nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu”. Ludzie mówią jeden do drugiego: „Nie wtrącaj się!” i „Daj spokój!”, a tymczasem Jezus wyciąga swoje ręce ku krzyżowi, by go przyjąć, przygarnąć i ponieść ku górze Golgoty. Czyżby rację mieli ci, którzy mówili: Odszedł od zmysłów? (Mk 3,21). Co to, to nie! Jezus nie zwariował. Ani nie oszalał. A jeśli w pewnym sensie oszalał, to oszalał z miłości do człowieka. Boży szaleniec, który patrząc na ciężki krzyż widzi w nim ciężkie grzechy ludzi, a widząc wszystkie lekkie i ciężkie, powszednie i śmiertelne grzechy ludzi, widzi twarze konkretnych grzeszników, dla ocalenia których warto przytulić krzyż do siebie. Ale tak może uczynić tylko ten, kto kocha, i to kocha miłością wielką, a wiemy, że nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15,13). Jezus kocha właśnie taką miłością największą – miłością z najwyższej półki.

STACJA III – Pan Jezus upada pod krzyżem po raz pierwszy 

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, a jednak… po raz pierwszy postrzegam fakt upadku Pana Jezusa pod krzyżem nie tylko jako konsekwencję naszych ciężkich ludzkich grzechów, ale także jako powód do kpin, drwin, wyśmiewania się z Niego. Przy tej stacji rodzi się w mojej głowie pytanie: Czy komuś takiemu, jak Jezus, wypadało upaść, i to upaść publicznie, na oczach innych? Przecież nie jest tajemnicą, że dzisiejsze trendy mówią nam wprost: „Jeśli chcesz coś w tym świecie znaczyć, musisz być ciągle „na topie” i nie możesz sobie pozwolić nawet na chwilkę słabości, bo dzisiaj nie ma miejsca dla słabeuszy, mięczaków, wrażliwców. Masz być zawsze silny, sprawny, zdrowy i do tego jeszcze najlepiej wiecznie młody, mocny, niezniszczalny, niezatapialny, zawsze zwycięski”. Wszystko ma w nas działać jak w najlepiej zaprogramowanej maszynie, która nie ma prawa się zaciąć, zepsuć i zużyć. Perfekcjonizm „w każdym calu”, niedopuszczanie do myśli, że mogę się potknąć i upaść może mieć fatalne skutki. Tymczasem wracają jak refren mądre słowa, że ludzką rzeczą jest upaść. Tak, ludzką rzeczą jest upaść, a diabelską rzeczą jest trwanie w upadku, natomiast bożą rzeczą jest jak najszybciej się po upadku pozbierać i podnieść, nabrać po nim nowych sił i iść dalej ku celowi ziemskiej wędrówki, który widać gdzieś na horyzoncie. Chociaż upadam, to się nie poddaję. Chociaż upadam, to jednak znów wstaję.

STACJA IV – Pan Jezus spotyka swoją Matkę 

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… od kilku dni wiem z bezpośrednich relacji moich parafian, że stacja spotkania kochającej Maryi ze swoim umiłowanym Synem na Drodze Cierpienia ich obojga, jest dla osób adorujących Jezusa w Najświętszym Sakramencie, w czasie panującej właśnie epidemii koronawirusa, pewnym punktem odniesienia. Jakże piękny jest czas – nawet jeśli wpisany w krzyżową drogę i nawet jeśli naznaczony pandemią – w którym miłość spotyka się z Miłością. Jakże błogosławiony jest czas Adoracji, w której nie chodzi o same tylko słowa, ale o zwrócenie się swoją twarzą ku boskiemu Obliczu, spojrzenie na Jezusa – Miłość wcieloną, z miłością, jaką mam w moim sercu, i takie zapatrzenie się w Miłość, że godzina adoracji wydaje się być krótkim kwadransem. To wtedy ból mniej boli, choroba mniej doskwiera, a kłopoty mniej trapią. To właśnie wtedy serce zaczyna bić szybciej. Wtedy wzrasta wiara, umacnia się nadzieja i rozpala miłość. To właśnie wtedy, podczas najkrótszego nawet spotkania z Jezusem, Obecnym, Żywym i Prawdziwym człowiek wraca do swej pierwotnej gorliwości i pierwotnej miłości (Ap 2,4), i w tej pierwotnej miłosnej gorliwości „traci” czas dla Jezusa. A im więcej dla Jezusa „traci”, tym więcej od Niego dla siebie oraz innych otrzymuje. Taki paradoks miłosnego spotkania. „Dziękuję za bycie przy Jezusie. Niech ten „zmarnowany” dla Jezusa czas zaowocuje łaskami w życiu Pani i Pani rodziny” – napisałem smsem do parafianki będącej dziś na adoracji Najświętszego Sakramentu. A ona odpisała mi szybko i krótko: „Księże Proboszczu! Proszę nie dziękować. A zwłaszcza za czas „zmarnowany” z Jezusem, bo to (dla mnie) wielka łaska!

STACJA V – Szymon z Cyreny pomaga nieść krzyż Panu Jezusowi 

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… w sytuacji i w okolicznościach, w jakich znaleźliśmy się na skutek wybuchu koronawirusowej epidemii jeszcze bardziej jestem w stanie docenić, co to naprawdę znaczy: móc choć przez chwilę dotknąć się krzyża Jezusa. Szymon nie chciał nieść nie swego krzyża. Miał dość własnych problemów i spraw na głowie. Po co mu jeszcze dodatkowy ciężar na ramionach, jakiegoś obcego Skazańca. Tak, Szymon został zmuszony, ale przymus okazał się być początkiem dostąpienia wielkiego zaszczytu. Być może tamtego popołudnia swoimi spracowanymi męskimi dłońmi chwycił Szymon krzyż Jezusa w tych samych miejscach, w których przed chwilą znajdowały się dłonie Zbawiciela. Dotknąć śladów Boga to wielka łaska. Chrystus wzór nam zostawił, abyśmy szli za Nim Jego śladami (1 P 2,21), więc warto szukać miejsc styczności mojego słabego człowieczeństwa z boskością mojego Mistrza i Pana. Szukać i doceniać każde miejsce, w którym można dotykać i doświadczać czegoś z rzeczywistości samego Boga. Czasami mam w sobie coś z Szymona z Cyreny. Niejednokrotnie zmęczony, zniechęcony, bez zapału i ochoty muszę pozwolić się przymusić. Wiem o tym. Dlatego w duchu pokory proszę: Panie Jezu, ile razy nie chce mi się zrobić czegoś dobrego, Ty ożywiaj me pragnienia. Duchu Święty, ilekroć nie chcę dać się do czegoś dobrego przekonać, Ty sam bądź dla mnie źródłem dobrych boskich natchnień. Boże Ojcze, ile razy chcę się wymigać od dźwigania z Jezusem krzyża Jego, krzyża mojego i krzyża moich bliźnich, tyle raz daj mi zrozumienie Twojej świętej woli.

 STACJA VI – Św. Weronika ociera twarz Panu Jezusowi

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… chyba po raz pierwszy, patrząc na postać i na postawę tej odważnej kobiety, przychodzą mi na myśl starotestamentalne słowa: Niewiastę dzielną któż znajdzie? (Prz 31,10). Nikt jej znalazł. Nikt nie musiał jej szukać, bo ona… znalazła się sama jako właściwa osoba na właściwym miejscu. Jej wartość przewyższa perły (Prz 31,10). Prawdziwie żywa drogocenna perła na krzyżowej drodze Jezusa. Bezcenna obecność. Bezcenny prosty kobiecy gest dokonany z delikatnością i czułością tak, aby Jezusowi choć trochę ulżyć i pomóc. „Ze szczególnym upodobaniem autor natchniony mówi o rękach niewiasty dzielnej (por. Prz 31,13-20), nie dlatego, że są wypielęgnowane i pełne biżuterii, ale że są pracowite i zręczne, dają wiele dobra najbliższym i chętnie niosą pomoc ubogim (ks. Józef Maciąg, Niedziela lubelska). W imieniu Weroniki tradycja sięgająca IV wieku po narodzeniu Chrystusa widzi nawiązanie do odbitego na jej chuście prawdziwego oblicza (łac. vera icona) Jezusa. Jeśli weźmiemy jednak pod uwagę grecką etymologię jej imienia, w której greckie fero łączy się z grecką nike, to okaże się, że na chuście Weroniki zostało jej dane do niesienia oblicze Zwycięzcy śmierci, piekła i szatana. Niewiasto dzielna, (Prz 31,10), odważna Weroniko, dziękuję ci za to, że dzięki twojemu uczynkowi miłosierdzia Jezus mógł się przejrzeć w twej chuście jak w lustrze i zobaczyć w zwierciadle twej droższej od pereł miłości swoją obitą, zmaltretowaną, umęczoną, a jednak wciąż piękną boską twarz.

 STACJA VII – Pan Jezus upada pod krzyżem po raz drugi

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… każdy upadek Jezusa boli nie tylko Upadającego, ale boli i mnie. Boli, bo… jak to możliwe, by Pan Jezus, wielki Syn Najwyższego (por. Łk 1,32), upadał na ziemię i upadał do poziomu stóp swoich oprawców, rzymskich żołnierzy, uczestników Drogi Krzyżowej, gapiów. To z pewnością nie jest najwłaściwsze miejsce dla Tego, który jeszcze nie tak dawno zapewniał Piłata, że jest Królem (por. J 18,37). Król powinien przecież zasiadać na tronie, królować obleczony w majestat, odziany potęgą, przyodziany mocą (por. Ps 93,1) i nie upadać pod krzyżem na ziemię, którą On sam stworzył i nad którą ma władzę. Jakże trudno w upadającym Jezusie rozpoznać Króla królów i Pana Panów (por. Ap 19,16). Rzeczywiście trudno. Ale mając w pamięci słowa św. Pawła apostoła dostrzegam w tym drugim upadku Jezusa coś więcej, niż tylko Jego drugi upadek. Skoro czytam, że: jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni (1 Kor 15,22), to myślę sobie, że jak w Adamie wszyscy upadają, tak z Chrystusem wszyscy będą podniesieni z upadków, pierwszych, drugich, trzecich, kolejnych, o ile tylko upadający człowiek wpatrzy się w przykład Powstającego Pana. A kiedy wreszcie nastąpi koniec, gdy Powstający z każdego upadku Jezus przekaże królowanie Bogu i Ojcu, i gdy już pokona wszelką Zwierzchność, Władzę i Moc (…), wtedy jako Król położy pod swe stopy wszystkich nieprzyjaciół (por. 1 Kor 15,24-25). Upadający z ludzkiej niemocy i powstający w mocy boskiej, Panie! Podnieś mnie i prowadź do Ojca!

     STACJA VIII – Pan Jezus spotyka płaczące niewiasty

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… od środy wiem lepiej, jak wygląda płacz pobożnych kobiet. Skąd to wiem? Bo widziałem płacz naszych pobożnych makowskich pań podczas środowej Eucharystii. Widziałem ich szczery płacz, uniemożliwiający im normalny udział w liturgii, odpowiadanie na wezwanie kapłana i śpiewanie wyświetlanych na ekranie pieśni. Jak tu nie płakać, skoro w świątyni zaledwie kilka osób, a przecież Uroczystość Zwiastowania Pańskiego tak wielka? Jak tu nie płakać, skoro w kościele oprócz ks. proboszcza, ks. wikariusza, pana kościelnego i pana organisty maksymalnie pięcioro wiernych? A przecież inni też chcieli być obecni. Jak tu nie płakać, skoro w tych dniach nadszedł czas, w którym niemal dosłownie zabrano Pana Młodego (Łk 5,35). Widziałem z bliska oczy pełne łez w momencie przystępowania pobożnych niewiast do Komunii Świętej, przyjmowanej z wiarą, z czcią, z należnym szacunkiem, i na klęcząco. Nie płaczcie nade Mną (Łk 23,28) – mówi Jezus obecny w Eucharystii – Płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi (Łk 23,28). Przyjęły Jezusa w Komunii Świętej i… wróciły po zakończeniu Mszy wraz z Nim do swoich domów przez Niego pocieszone.


     STACJA IX – Pan Jezus upada pod krzyżem po raz trzeci

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… wciąż jeszcze nie rozumiem, dlaczego na Drodze Krzyżowej wspominamy akurat trzy upadki, a nie dwa czy cztery itd.? Wiem, że tych upadków mogło być w rzeczywistości więcej, ale dlaczego w jednym nabożeństwie Drogi Krzyżowej dokładnie trzy? Czy dlatego, że do trzech razy sztuka? Może poniekąd i tak. Czemu nie? Wszak trzykrotne powstawanie z upadków i konsekwentne podążanie ku celowi swej życiowej wędrówki to sztuka nad sztuki. Może dlatego trzy upadki Jezusa, że istnieją trzy stopnie zmęczenia, które odpowiadają trzem etapom ludzkiego poświęcenia. W pierwszym etapie wydobywa się energię, którą się zna (…). W drugim etapie poświęca się energię, z istnienia której człowiek nie zdaje sobie sprawy (…). W trzeciej fazie znowu dajemy z siebie znacznie więcej, niż myślimy, że w sobie mamy (…) i człowiek posuwa się naprzód w zupełnej ciemności, bardziej przez cud i absolutną wiarę, niż przez jakiekolwiek naturalne środki” (Plinio Correa de Oliveira). A może dlatego, że w Piśmie Świętym cyfra 3 w swym symbolicznym znaczeniu podkreśla znaczenie, nasilenie i intensywność, a ponadto również pełnię. Serafinowie stojący przed Panem siedzącym na wysokim, wyniosłym tronie (Iz 6,1) wołali jeden do drugiego: Święty, Święty, Święty jest Pan Bóg Zastępów (Iz 6,3). W każdorazowym akcie pokuty w Mszy św. wołam: „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina”. Tak czy inaczej, pouczony w tej stacji przykładem Jezusa idę dalej. Idę dalej w imię Jednego Boga w trzech osobach: w imię Ojca, w imię Syna i w imię Ducha Świętego.

     STACJA X – Pan Jezus z szat obnażony

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… przy tej stacji za każdym razem odczuwam zawstydzenie. Zawstydzenie nie nagością Pana Jezusa, gdyż w Nim wszystko jest czyste i przejrzyste. Zawstydzenie tym, że człowiek odbiera swemu Panu nawet ostatnią Jego szatę. Zawstydzenia tym, że dokładnie w tym samym czasie, w którym nad ich głowami cierpi i umiera Jezus – prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek – niektórzy ludzie nawet pod Jego krzyżem zajęci są sprawami materialnymi. To ci, którzy pochylają się nad szatami Jezusa i dzielą je – jak wojenną zdobycz – na cztery części tak, by każdy z nich mógł wziąć sobie po jednej z nich (por. J 19,23). Czuję zawstydzenie tym, że zabrali Jezusowi także Jego tunikę, która nie była szyta, ale cała tkana od góry do dołu (J 19,23). Ażeby jej zatem nie zniszczyć i przez rozdzieranie jej nie obniżyć jej wartości, zdecydowali rzucić o nią losy, do koga ma należeć (J 19,23-24). Nie zostawili Jezusowi nic, ale zabierając – jak by się wydawało – wszystko, nie zabrali Jezusowi Jego godności, ani Jego wewnętrznej wolności, ani Jego u Ojca upodobania (Mt 17,5), ani Jego boskości. Przy tej stacji przepraszam Cię, Jezu, że w moim życiu zbyt często pozbywam się mojej tuniki, całej utkanej od góry do dołu Twą łaską i albo przebieram się w jakieś inne ubrania albo po moim grzesznym upadku dostrzegam i poznaję – podobnie jak pierwsi rodzice w raju – że znowu jestem zupełnie nagi (Rdz 3,7). I to dopiero jest zawstydzenie. Co za wstyd!


     STACJA XI – Pan Jezus przybity do krzyża

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… ciągle patrząc na wszystkie dotychczas przebyte stacje Drogi Krzyżowej wracam do słów dobrze znanej pieśni religijnej: „To nie ludzie Cię skrzywdzili, lecz mój grzech” (por. Golgoto). To ważne, bym zdał sobie sprawę z tego, że nie jestem tylko i wyłącznie obserwatorem w krzyżowej wędrówce Jezusa, ale jestem w pewnym stopniu – w jak wielkim stopniu, Bóg to wie – jej sprawcą. To wszystko, co spotkało Jezusa, nie wzięło się znikąd: To ja Cię skrzywdziłem! Przebacz mi, Panie! To mój grzech Cię dotknął. Dotknął bardzo. Bardzo osobiście! „Bądź mi litościw, Boże nieskończony, według wielkiego miłosierdzia Twego. Według litości Twej niepoliczonej chciej zmazać mnóstwo przewinienia mego!” (Bądź mi litościw). Przy tej XI stacji chcę stanąć jako grzesznik szczery, a więc jako szczery „aż do bólu” nie będę szukał winnych poza sobą, lecz zaśpiewam Ci z żalem i skruchą jako moją modlitwę dalszą część refrenu: „To nie gwoździe Cię trzymały, lecz mój grzech; choć tak dawno to się stało, (Ty) widziałeś mnie” (por. Golgoto). Panie Jezu, zanim zamkniesz oczy po raz ostatni, spójrz na mnie jeszcze raz z miłością (por. Mk 10,21). Od Twojego miłosnego spojrzenia z miłością z wysokości krzyża ofiarowanego mi tuż przed Twoją śmiercią zależy moje życie. Pozwól mi – jak dobremu łotrowi – usłyszeć dziś lub w przyszłości głos Twej obietnicy: Będziesz ze mną w raju (Łk 23,43). Niczego więcej nie pragnę…

     STACJA XII – Pan Jezus umiera na krzyżu

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… nadal nie jestem w stanie zrozumieć, jak można zabijać, mimo, że już bardzo dawno temu i bardzo wyraźnie, bo jednoznacznie, powiedziano przodkom: Nie zabijaj! (Mt 5,21; Wj 20,13; Pwt 5,17). Czy naprawdę trzeba było epidemii koronawirusa, by ludzie zrozumieli, jak wielką wartością jest życie? Czy naprawdę trzeba było tak wielkiego znaku czasu, by zrozumieć, że każde życie jest świętością, i to już od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. Gdyby było inaczej, nie walczono by dzisiaj z tak wielką determinacją i poświęceniem o zdrowie i życie każdego człowieka: każdej kobiety w stanie błogosławionym; każdego dziecka w łonie jego matki; każdego narodzonego już chłopca i każdej rosnącej już dziewczynki; każdego człowieka dorosłego, nie wyłączając spośród nich osoby starszej, schorowanej, zazwyczaj z chorobami współtowarzyszącymi. Dlaczego tak wielu boi się dzisiaj o siebie samych i o swoich bliskich? Odpowiedź jest prosta: Bo każdy chce żyć! Skoro każdy chce żyć, to nie zabijaj (Wj 20,13; Pwt 5,17). Nie zabijaj siebie przez palenie papierosów; przez nadużywanie alkoholu; przez sięganie po narkotyki; przez brawurową oraz szybkpowiedziano przodkom: Nie zabijają jazdę samochodem; przez trwanie w grzechach śmiertelnych. Nie zabijaj innych głupim i złym słowem, przypinaniem komuś łatki, plotkami, pomówieniami; zniesławieniem, gniewem i zgorszeniem, brakiem przebaczenia i nienawiścią. Nie zabijaj w sobie życia bożego ani bożej łaski. Nie niszcz Jego świątyni, świątyni Boga, którą jesteś (1 Kor 3,16) w swym ciele i duszy, bo kto zabija Boga i Jego sprawy, ten sprowadza na samego siebie śmierć i sam – jeszcze za życia – skazuje się na niechybne potępienie. Kto zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg (1 Kor 3,16), więc nie zabijaj!


     STACJA XIII – Ciało Pana Jezusa złożone na ręce swojej Matki

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… przy tej stacji wzruszam się za każdym razem tak samo. Perfekt śpiewał, że „trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym”. Jezus schodzi ze sceny ukrzyżowania, a właściwie zdejmują Go z krzyża. Męczony, zmarły, zabity, ale Niepokonany, złożony na rękach Niepokalanej. Piękne jest zejście człowieka z tego świata, jeśli pod krzyżem jego śmierci jest ktoś, komu można powierzyć swoje ciało. Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego (Łk 23,46). Matko, w Twoje ręce składam ciało moje. Weź je jeszcze raz w swoje objęcia. Mam zaufanie do Twoich dobrych matczynych rąk, bo to właśnie one podnosiły mnie do Twojej karmiącej mnie piersi, do Twojego policzka, do Twoich ust. W Twoich matczynych dłoniach jako Syn Człowieczy zawsze się czułem bezpiecznie, więc wiem, że i tym razem zaopiekujesz się mym ciałem jak należy. „Matka, która wszystko rozumie, sercem ogarnia każdego z nas. Matka zobaczyć dobro w nas umie. Ona jest z nami w każdy czas” (z pieśni: Była cicha i piękna)

     STACJA XIV – Ciało Pana Jezusa złożone do grobu

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… również dzisiaj chcę sobie uświadomić, że choć Droga jest Krzyżowa, to jednak nie jest to droga, która z krzyżem na ramionach prowadzi tylko i wyłącznie aż po krzyż. Droga Krzyżowa Jezusa wpisuje się w Jego Paschę, to znaczy: „w Jego gwałtowne i dynamiczne Przejście” (ks. bp. Zbigniew Kiernikowski). Przejście paschalne oznacza swoiste uderzenie, będące w stanie przeprowadzić kogoś z jednej sytuacji życiowej i wprowadzić go w inną (ks. bp. Zbigniew Kiernikowski). Dlatego nie zatrzymujemy się w Drodze Krzyżowej pod krzyżem, ale od życiowej sytuacji krzyża przechodzimy do życiowej stacji człowieczego grobu. Ale nawet przy grobie nie zatrzymamy się zbyt długo, bo Jezus Zmartwychwstały zaprosi każdego z nas do przejścia od pustego grobu do pełni życia. Zbawienie przyszło przez krzyż i jest ono – dzięki Passze Jezusa – bardzo blisko nas. Tuż za pustym grobem Jezusa zaczyna się wielkanocna rzeczywistość, taka rzeczywistość, której ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć (1 Kor 2,9). Warto przejść z Jezusem Drogą Krzyżową, aby razem z Jezusem dojść do tych wielkich rzeczy, jakie Bóg przygotował tym, którzy Go miłują (1 Kor 2,9).

     ZAKOŃCZENIE

Wiele razy byłem już w moim życiu na Drodze Krzyżowej, ale… dziś dziękuję po raz kolejny, że mnie na nią, Panie Jezu, zaprosiłeś słowami: Kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Łk 9,23). Naśladować Ciebie! Nic mądrzejszego nie wymyślę. Naśladować Ciebie zawsze, także – a może zwłaszcza – w czasie próby, choroby, cierpienia, zagrożenia koronawirusem, bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa (Łk 9,24). 

Święty Boże, Święty mocny, Święty a Nieśmiertelny – zmiłuj się nad nami!

Od powietrza, głodu, ognia i wojny – wybaw nas, Panie!

Od nagłej i niespodzianej śmierci – zachowaj nas, Panie!

My grzeszni Ciebie Boga prosimy – wysłuchaj nas, Panie!

Linki do wcześniejszych rozważań Drogi Krzyżowej:




(c)2018, Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Liczba odwiedzin strony: 121916
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem